Brat Poverello i jego asyska młodzież
Powoli zapadał już wieczór i ludzie wracali do swych domostw po ciężkiej pracy. Udawali się na zasłużony odpoczynek, by następnego dnia znów na nowo podjąć się swych obowiązków. Niektórzy szli jeszcze do kościoła, by Bogu podziękować za mijający dzień i poprosić o błogosławieństwo na dzień kolejny. Pośród nich nie było jednak młodego Jana Bernardone (znanego nam jako św. Franciszek z Asyżu), ani żadnego z jego kolegów.
Dobrze bawili się już w drodze, szczególnie, kiedy spotkali jakieś dziewczęta. Zaczepiali je, co w ich mniemaniu uchodziło za komplement dla owych panien, kpiąc z nich i żartując. Czasami podśmiewali się ze starszych kobiet lub mężczyzn udających się do kościoła lub wychodzących z niego. Oczywiście, według nich, w tym też nie było nic złego, sami byli przecież praktykujący, ale tak normalnie, a nie, jak tamci – „zdewociali”. Tak spędzali czas. Kiedy natomiast myśleli o przyszłości, każdy z nich widział siebie, jako kogoś wielkiego, ważnego, znaczącego...
Ich spóźniony „sponsor” wreszcie raczył się pojawić. Nie obyło się bez wyrzutów, „że przecież piwko czeka, o dziewczynach nie wspominając…”. On tymczasem tylko się uśmiechnął i cała grupka ruszyła z głośnym śpiewem na kolejną zabawę. Znało ich już całe miasto. Wczoraj również tędy szli. Pójdą też i jutro i pojutrze... To ta „zła młodzież” – myśleli co niektórzy. „Nic z nich nie będzie” – dodawali inni.
Nazwał ich "swoimi braćmi mniejszymi". Choć stał się ich „przywódcą”, w praktyce ze wszystkich był „najmniejszy”. Nie miał nic. Chodził w worku przewiązanym lnianym sznurem i wołał, że „Miłość nie jest kochana!”. „Sponsor” w ostatnim czasie bardzo się zmienił, tak że jego kumple, a także inni ludzie, zaczęli podejrzewać, że postradał zmysły. Już trochę wcześniej zauważyli, że stopniowo jakby się wyciszał, nudziły go zabawa i gwar, ale nie brali tego poważnie. „Może się zakochał?” – myślał niejeden. „Przecież nie porzuci wspólnego imprezowania dla jakiejś dziewczyny” – uspokajał inny.
A on faktycznie się zakochał. Ten Ktoś był z nim zawsze – wtedy, kiedy było fajnie, jak i wtedy, gdy coś „zaczęło się psuć”. Ten Ktoś był z nim, kiedy sprzedawał w sklepie swego ojca i kiedy podchodził do trędowatych – odrzuconych i pogardzanych przez innych ludzi – i pielęgnował ich gnijące ciało. To nie było „fajne”! Nie było też „fajnie” wtedy, gdy go wyśmiewali. Nie było „fajnie”, kiedy - przed śmiercią – chodził dwa lata z przebitymi stopami, dłońmi oraz bokiem i broczył krwią. Już nie był kimś „wielkim, ważnym i znaczącym” - jak niegdyś wraz z kolegami planował. Nie był taki w oczach innych. Inaczej jednak wyglądał w oczach swej „Miłości”. Ona wiedziała, że był zawsze kimś takim. Tak jak „wielkimi, znaczącymi i ważnymi” w Jej oczach byli zawsze jego kumple. Tak jak każdy jest taki w oczach Tego, który jest Miłością! Jezus bowiem nie zna stwierdzenia „to ta zła młodzież” lub „z niego albo z niej nic nie będzie”. Bo dla Jezusa młodzież jest dobra. Zna każdego z nas osobiście, kocha i szanuje, dlatego też czasami czeka, byśmy pozwolili Mu działać. My bowiem też potrzebujemy czasu, czasu swego nawrócenia.
br. Tomasz / tictus









